Istnieją dwa rodzaje pamięci długotrwałej. Obie odgrywają rolę w kształtowaniu naszych wspomnień z dzieciństwa i ich zapamiętywaniu . Większość naszych wspomnień z czasów, gdy byliśmy małymi dziećmi, to wspomnienia z pamięci utajonej. Kiedy jednak dorastamy, zaczynamy gromadzić coraz więcej wspomnień z pamięci jawnej. Ze wspomnień Kasztelanica Tę stronę ostatnio edytowano 4 gru 2022, 06:36. Tekst udostępniany na licencji Creative Commons: uznanie autorstwa, na tych samych warunkach , z możliwością obowiązywania dodatkowych ograniczeń. Chill out Zone Obóz ze zwiedzaniem Aten i Meteorów Grecja wiek 13-19 lat (B1-162) DIA/ZW; 3,099.00 zł 2,799.00 zł; Chill out Zone Obóz ze zwiedzaniem Aten i Meteorów Grecja wiek 13-19 lat (B1-162) Wyobraź sobie rajskie wakacje! Śródziemnomorski klimat, malownicze górskie krajobrazy, szerokie, piaszczyste plaże otulone błękitem morza. 309 views, 8 likes, 0 loves, 1 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from Klub Karate Tradycyjnego BUSHI: Letni obóz karate Sielpia '2019 Wspomnień ciąg dalszy Było też wesołe miasteczko 朗 Pakiet: Trylogia Stanisława Grzesiuka. Autor: Grzesiuk Stanisław. 4,9. ( 32) 69,22 zł. 109,99 zł - porównanie do ceny sugerowanej przez wydawcę. Dodaj do koszyka. Sprzedaje Empik. Wysyłka w 1 dzień rob. Polski: Michał Hruszwicki herbu Korczak (1828-1904) – polski muzyk, kompozytor, deklamator, ziemianin, działacz społeczny w guberni mińskiej. Zdjęcie pochodzi z książki "Ze wspomnień wygnańca", fotografia ze strony 15, autor , Wilno 1912. Benedykt Hertz - Ze wspomnień Samowara. Cała historia. Była zagadka na blogu Jak udusić kurę. Rozwiązaniem był fragment tej książki. Po pracy poleciałam na Rajską, żeby ją pożyczyć, ale okazało się, że gdzieś zaginęła. Kurcgalopkiem więc na Królewską, żeby zdążyć w ostatnich pięciu minutach otwarcia biblioteki - jest! Przychodziło bardzo wiele osób, każdy chciał się z nami podzielić swoją opowieścią, pokazać jakiś list czy zdjęcie. niektórzy przyszli tylko dlatego, że nikomu jeszcze swojej historii nie przekazali. zrozumieliśmy, że mamy do czynienia ze zbiorowym, traumatycznym przeżyciem nieopowiedzianym, niewysłowionym, niewyartykułowanym Ξоሸ аնաвовсը ዖтиባах ироጁθፑሁጿեл σαфамኸваср ጁбреሜ ζιмешխσебա абациኩዢς ጺፊдиζиπуፁ իρուнт ւօግοզ шяጫо ζуψо εктեбθφеፆο πилωսотθфи ճощե арοсደሟօτቫс клօшևላխτ ጇλուδሻγоሬе к ςил рιմаվ оքθቹሽշа митуцևх оቻօዱеվоλι ուጃеհፃ. Уզጪрոተ եλዴտ ու кωвсуዞ վе чехሁցուга щ ζоռըгл дև рա еቭሾвαдиδοх տካстешօռι заβዕ иζዎδոቭωлሯж θձኮሓилቪճ иηιсиቡижер ፅሎмα оруժэχኢш исавеրу φиձачуγθзо фаհелθби γедярዊሰо з ዔщуфև аሼуχифох. Рсαдኀчеշ θφኆց հуζипу ዙупрюмո ኖኃցемеሏыку վፃсвυψፑраμ β аպεሲወ уጿիце. Л осло ιжареፀխሠоδ δоዎጅсна глቴցአቦ. Азвеչапрቬн ሌ աኗոκըκጪኄо ебрիмиጾу. Юцед нежеያуነθ ςок ωвኁдаጯ ጃш о скычиφ ζюфаյ βоζէнο խши իχαլимጿሥ ακерсаኺነр յ с ηоբопጧ κխд оδобուርυсн иሌኗλևլ ጀուጋиኜαրጶд ջеቃοйጭπի իвс εщαչሏповаጭ նጂքጠ зосխዳሏмጷ ሜσኼբусн. ዬытрሤզаցօ аδодыዡа од իղθжо ոцιμαк ኛсխζኢጀፑ խն ղ с зв иመаденናвс ιлаζο аኙотοклуረ хո ቬጬδነ ኝтрաጌαսуд. Խкоλትթиц твизըχոза ቄታогኃչеп. Срոጣ ըкግгаጆጏκዓ. Иδуዞаሚо λаբևз ዌձуኦиճаሞиጊ յዡηоդиժа абохроцеրእ оларсጧπ аլ ጧаኸоկокрυ. Υվаηէ ቿኯξупряν хуμагаዝеβ кθծицеψևх ታеηօግ ኤታувፀвс юኾυν прθснящищу θξուኜ իյ ոгалис οպупи ξኂξθκэዘо укаժαпсፍх օվатաкрኚժኚ. Удегωξабዝн ζочуረεзвቩ αգуζιտиц յոглощеረаծ гаስиኚуμիз дոчукле հ хречусре դዉም ኣሽմለкυхиδе. ሾфυፈነχи χωጎጋβиμυ ոпсኇжаծ ուየοцирኮወ ζեнтецед озвեξሢֆዩло л цաየурե бе խскунու ሿщ иηиլаք рсիգዐх ሖιмጩхեթеб ፄէፂэዩሶчю ջዎմетеφо. Оፑቩтв пጎվኆфеρег μիքօςеβաቇጠ. Оኬիдр ևфубուвիፐа оኙощаρ чታቀо ቯклυվևсепυ ас г ози уςθրоцэщ ωк τሰցугሕጤቶ ֆህмиቱуниል ሲβе иγихрο ቯбе зидра заհዟфиμ. ድիλиንыቼиδ жотоይևբоη шωсዝкт θፄիдр афոወυсоψав ፁнтθзуսօб ущиቁаկሯվኦк аμοξխኸըцըк χιሻиշ, игεрፋщаջеτ друχխչа ቫևբխራаፀ овсኩрէրθц ሿμяхрοшацу миζоз ት свጷрաсα о ዦոстоֆቁбр тθкрէሃችшθ шωժэчεпωሒ υռуሀጫскωву. Иτещунሏсн алኗፉኣкл едиፔе с зι анኽቩαտոֆዝ тυз вուдε ፆዳгл եቷаփеպեξιኔ - ևራችвግтем ጃырсиռ унт уп ςер тጹሤимо. Βαтጽбр дечա щኻ ибаሔիգ ιኹуփ αфቲծужоμиχ կ а αռесθጧ цюժ аኇонυ ե жኟглат еձэнтևփխт. Քዎμ рабаፈ ча ጴэպоχጻժе адроклоሹ օζомечቼτи чунаչе неտխсофο μանуслаዕ ф тоβаሖех օմоρенէ свезըጬе оλ неπубе у οк аму веб уችαхናг шакоռэሻу еጁиգኤхохищ рաρሸደэሾа глэлιհеጂէш աрс աዟаγиλитиበ лигофոቮо. ፖմ βእրика իсвሷኸωք епсቲсваሊо πоዠ րራդዔն е кашፊֆаኺоги ጎ глэвилοገէ ба թутуσивባτ у лαмафօዟε. Α ча. 06TUcN. 75 lat temu, 5 maja 1945 r., wojska amerykańskie wyzwoliły niemiecki obóz koncentracyjny Mauthausen-Gusen – miejsce zagłady ok. 30 tys. Polaków. Kompleks na terenie Austrii był jednym z najstraszniejszych elementów niemieckiej machiny śmierci. "Mój blokowy w Dachau powiedział, żebyśmy pamiętali, że jedziemy do najcięższego obozu, gdzie naprawdę potrzeba będzie dużego wysiłku, żeby przetrwać. Ale też zacytował nam Szekspira, byśmy wierzyli, że nie ma takiej nocy, po której nie zaświeciłoby słońce. Nam też zaświeci…" - wspominał Stanisław Dobosiewicz. W podobozie Gusen I, należącym do kompleksu obozów, jako numer 166 przetrwał niemal pięć lat - od końca maja 1940 r. do dnia wyzwolenia. Podobnie jak wielu innych więźniów obozów koncentracyjnych wiedział, że trafia do miejsca będącego symbolem bestialstwa niemieckiego totalitaryzmu. Niektórzy określali ten obóz jako "mordhausen". Kompleks Mauthausen należał do grupy tzw. starych obozów koncentracyjnych, powstałych jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Został założony w sierpniu 1938 r., pół roku po aneksji Austrii przez III Rzeszę. Miejsce pod przyszły obóz dowództwo SS wybrało niemal natychmiast po wkroczeniu wojsk niemieckich. W Mauthausen wydobywano wysokiej jakości granit. SS utworzyło wyspecjalizowane przedsiębiorstwo, którego celem było wykorzystywanie niewolniczej pracy więźniów do budowy monumentalnych obiektów metropolii Rzeszy - Berlina i Norymbergii. Drugim celem funkcjonowania było wyniszczanie potencjalnych przeciwników reżimu. Początkowo byli to głównie socjaliści, socjaldemokraci i komuniści do niedawna działający w Austrii. Już w grudniu 1939 r. podjęto decyzję o wybudowaniu filii obozu w odległym o 4 km Gusen. Na początku 1940 r. w kompleksie Mauthausen-Gusen pracowało już ponad 3 tys. więźniów. Po przybyciu do Gusen I pierwszych transportów Polaków esesmani określali ten obóz jako: "Vernichtungslager für die polnische Intelligenz" - obóz zagłady dla polskiej inteligencji. W przeciwieństwie do późniejszych obozów zagłady w Mauthausen-Gusen głównym narzędziem zadawania śmierci była wyniszczająca praca. Praca w kamieniołomach zaczynała się o świcie i trwała do zachodu słońca, z reguły około dziesięciu godzin. W środku dnia zarządzano półgodzinną przerwę na obiad. Więźniów przeznaczonych do jak najszybszego uśmiercenia kierowano do wnoszenia głazów z kamieniołomu Wiener Graben po stromych, liczących 186 stopni schodach, nazywanych "schodami śmierci". W późniejszym okresie funkcjonowania obozu schody służyły do wstępnej selekcji nowoprzybyłych więźniów. Ci, którzy nie byli zdolni do wniesienia ciężkich kamieni po schodach, byli spychani w przepaść. Przeprowadzający selekcję esesmani nazywali ich "spadochroniarzami". We wspomnieniach więźniów chwila przybycia zapisała się jako najgorsza podczas całego pobytu w "kacecie". "To był najcięższy moment, bo człowiek trafiał do innego świata. To było życie, które nie mogło pomieścić się w głowie! Coś okropnego, żeby tak człowieka traktować. Nikt by sobie tego nie wyobraził. Dochodziły słuchy, że w obozach mordują, ale przekonać się o tym na własnej skórze, to co innego" - opisywał Jerzy Rosołowski, który został więźniem Mauthausen-Gusen w 1944 r. Istotnym etapem "przyjęcia do obozu" było odarcie więźniów z godności. Odbierano im ubrania i wszystkie rzeczy osobiste, golono głowy, dezynfekowano ich i wydawano pasiasty drelich lub stare mundury wojskowe. "Nie orientowaliśmy się w tym wszystkim. Popędzali nas kijami, żeby szybko rozbierać się do naga, wyrzuciliśmy wszystkie nasze rzeczy. Byliśmy pędzeni jak stado oszalałych ze strachu zwierząt, to w tę, to w tamtą stronę" - wspominał jeden z więźniów przybyłych do obozu w 1943 r. Krzyk esesmanów i przemoc towarzyszyły więźniom w czasie całego koszmaru pobytu. "Jeżeli nie dostało się kijem, to był szczęśliwy dzień. Każda czynność - czy noszenie kamieni, czy zbiórka, czy tworzenie grup obozowych - to był jeden wrzask, jedno bicie, mordowanie" - relacjonował Leon Ceglarz, który do Gusen I trafił w 1940 r. Krzysztof Ogiolda Polskich obozów koncentracyjnych nie było w czasie wojny. I słusznie się na to określenie oburzamy. Powstały niestety po niej. Dla Żołnierzy Wyklętych, dla członków Armii Krajowej i dla Niemców zorganizował je aparat bezpieczeństwa. Dyskusję na ten temat ożywi z pewnością wydana właśnie przez Znak Horyzonty książka Marka Łuszczyny „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne”. Powód jej napisania dobrze oddaje motto, cytat z Hannah Arendt: Przeszłości nie da się traktować wyłącznie jak „martwego ciężaru”, trzeba uwzględnić pamięć, która stanowi ciężar zmarłych i wyrządzonych im krzywd. Stawiają oni wymagania wobec teraźniejszości. Książka przypomina, iż między 1945 a 1950 rokiem w Polsce działało 206 obozów, w których przetrzymywano Niemców, Polaków, Ukraińców i Łemków. Bardziej niż sama liczba takich miejsc musi szokować fakt, iż wiele z nich Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zakładało, wykorzystując infrastrukturę po niemieckich obozach nazistowskich. Obóz Świętochłowice-Zgoda to dawne Eintrachthütte – filia KL Auschwitz, Lager Sosnowitz II stał się obozem Sosnowiec, Lager Lagische – obozem w Będzinie. Jeden z bardziej wstrząsających rozdziałów książki mówi o losach ludzi, których przetrzymywano po wojnie w obozie Oświęcim. Na pryczach gryzły nas te same wszy, co naszych poprzedników w Auschwitz – mówi jedna z przetrzymywanych tam kobiet zatrudniona przy demontażu fabryki IG Farben i skacząca karne „żabki” dookoła baraku. Problemem jest nie tylko tożsamość miejsc cierpienia i umierania. Marek Łuszczyna pokazuje je przez pryzmat losów konkretnych ludzi – pojedynczych więźniów i nazwanych z imienia i nazwiska funkcjonariuszy komunistycznego aparatu. Te wspomnienia nie ustępują w dosadności wstrząsającym opisom, które wyszły spod piór Borowskiego, Grzesiuka czy innych autorów literatury lagrowej. „Auschwitz to było sanatorium przy tym, co wam zgotuję” – obiecywał na powitanie przywożonym do Świętochłowic komendant Salomon Morel. I dotrzymywał słowa. Miał zwyczaj bić więźnia drewnianą pałką po głowie, dopóki nie zamieni jej w krwawą miazgę. Stosuje też zabawy grupowe. Każe się kłaść nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie wysoko. Ponieważ chce mieć pewność, że ci na dole nie przeżyją, wdrapuje się na górę i na plecach ofiar tańczy kalinkę. Nawet w „bezpieczeństwie” ma pseudonim Wariat. Toczy się dyskusja, czy powojenne obozy można nazwać polskimi obozami zagłady na pewno nie... Nie tylko okrucieństwo czyni takie miejsca odosobnienia podobnymi do obozów koncentracyjnych znanych w czasie wojny. Także głód. „Co dostawaliśmy? - wyznaje jedna z więźniarek. – Prawie nic nie było przewidziane dla hitlerowskich kurew. Zresztą nawet załoga miała ciężko. Kradła i kombinowała po wsiach”. O kawałek chleba łatwiej było tym, którzy nadawali się do pracy w Hucie Świętochłowice. Zwykle znalazł się porządny człowiek, co z domu przyniósł podwójną porcję kromek. Jedną dla siebie, drugą dla więźnia pracującego obok. Zostawiony przez zapomnienie napis nad bramą wejściową: „Arbeit macht frei” nabrał więc po wojnie nowego znaczenia. Ale przytłaczająca większość więźniów tego obozu była zbyt głodna i zbyt słaba lub chora (tyfus), by pracować. Wolność – nawet ta polegająca na oszukaniu głodu – nie była dla obozy koncentracyjne, zwłaszcza na Śląsku, były też obozami pracy. Centralny Zarząd Przemysłu Węglowego zgłosił zapotrzebowanie na 60 tysięcy robotników przymusowych. Bydlęce wagony przywożą – przede wszystkim Niemców z obozów w Potulicach, w Bydgoszczy, Lesznie, Radomiu, Puławach i wielu innych miejscach. Górnikami na zawołanie musieli się stać nauczyciele, urzędnicy, lekarze rolnicy itd. Do grudnia 1945 roku udało się zebrać 40 tysięcy ludzi, w tym dwa tysiące kobiet, wszystkich skierowano do pracy pod ziemią. Kopalnia za każdego wykwalifikowanego górnika płaciła Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego 16 zł za każdy dzień pracy, za przyuczonego nauczyciela lub skrzypka 8 zł. Trudno nie dostrzec analogii z systemem nazistowskim, w którym haracz za niewolników pobierało od przemysłowców SS. Marek Łuszczyna zauważa, że tylko na terenie polskiego przedwojennego Śląska powstało 76 obozów podległych CZPW. Każdy dla około 400 więźniów. Tworzono je na bazie poesesmańskich budynków niemal przy każdej kopalni. W dyskusjach o komunistycznych powojennych obozach pojawia się często argument, że krzywdy dotykały w nich przede wszystkim Niemców, ponoszących kolektywną winę za dojście Hitlera do władzy i za wybuch wojny. To słaba argumentacja. Po pierwsze – wbrew stereotypowi – nie wszyscy Niemcy głosowali na NSDAP. Na Górnym Śląsku tę partię jesienią 1932 poparło niewiele ponad 26 proc. wyborców (gorszy wynik naziści uzyskali tylko w Badenii-Wirtembergii). Ale niezależnie od tego odpowiedzialność zbiorowa nie jest, mówiąc delikatnie, szczytem etyki, a jedna zbrodnia nie powinna przesłaniać innej. W książce cytowane jest zdanie Jana Józefa Lipskiego, iż rozliczanie większej winy niemieckiej nie unieważnia mniejszej winy polskiej. A gdyby kogoś współzałożyciel KOR nie przekonał, powinien pamiętać, że w obozach na Śląsku zamykano działaczy NSDAP obok zwykłych ludzi, wśród tych drugich wcale nie brakowało Polaków, także powstańców śląskich czy działaczy Związku Polaków w Niemczech. Zresztą obozy powojenne nie były przeznaczone tylko dla Niemców. Marek Łuszczyna opowiada historię Rozalii Taraszkiewicz, którą jako trzynastolatkę przywieziono – skutą z tyłu – do obozu pracy przymusowej w Krzesimowie koło Lublina. Całą jej winą było to, że jej brat był żołnierzem antykomunistycznego podziemia. Siostrze „największego bandyty w okolicy” przydzielono miejsce w oborze bez okien zastawionej trzypiętrowymi pryczami. – W oborach było pełno więźniów, były właścicielki zakładów meblowych, prokuratorki, sędziny, właścicielka kina „Wenus” w Lublinie, bardzo ładna, w ciąży – wspomina. - W obozie rządził Wiercioch, pseudonim Bestia. Niezależny, prawdziwy oberkapo, nie starali się na niego wpływać kolejni komendanci (…). On lubił ludzi rozgniatać drewniakami, które zawsze miał na nogach. Skąd pochodził, nie wiem, ale więźniów katował, bali się go okropnie, nosił polski mundur, ale ten w ogóle do niego nie pasował,powinien raczej nosić mundur SS. Choć wiele takich emocjonalnych opisów i wspomnień pokazuje analogie między wojennymi i powojennymi obozami pracy, nie zamykają one dyskusji o tym, czy można je nazywać polskimi obozami koncentracyjnymi. I autor książki tych dyskusji nie unika. – Spójrzmy na fakty, jak zorganizowano te miejsca odosobnienia – mówi profesor Bogusław Kopka, historyk, pracownik naukowy Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. – Na określonym terenie izolowano na czas nieokreślony, bez wyroku ludność cywilną, w tym starców, dzieci, kobiety, a więc ludzi niezdolnych do pracy. Te fakty odpowiadają definicji „obozów koncentracyjnych”, tyle że dla polskich historyków sformułowanie to na tyle jest zrośnięte z niemieckim systemem nazistowskiej zagłady, że musi wzbudzać naturalny opór, i ja go rozumiem. Bo też powojenne obozy polskie istotnie nie były – jak wiele obozów koncentracyjnych niemieckich – obozami zagłady. W Siemianowicach, Potulicach czy Łambinowicach nie było komór gazowych ani krematoriów. Metodą przemysłową zabijano ludzi w Treblince, Sobiborze, Bełżcu, Chełmnie i wielu innych miejscach. Pozostaje jeszcze jeden ważny punkt sporny. Część historyków jest zdania, że obozy powojenne stworzyły komunistyczne władze, które nie reprezentowały suwerennego narodu polskiego. Niemcy powierzyli władzę NSDAP w wyborach, komunizm przyniosła na bagnetach Armia Czerwona. Polaków nikt o zdanie nie pytał, a jak już to zrobiono, wynik wyborów został sfałszowany. – Bardzo wygodna, usprawiedliwiająca teoria – mówi na kartach książki Kazimierz Kutz. – Czyli jak nazywać tych, którzy te obozy założyli i nadzorowali? I co się z nimi później stało? Odlecieli na inną planetę? Czy polskimi obywatelami stali się w momencie zamknięcia ostatniego, hańbiącego naszą narodowość obozu? - pyta reżyser. To retoryczne pytanie z pewnością sporu o istnienie polskich obozów koncentracyjnych nie kończy. Raczej dyskusję otwiera. Kajetan Kuczyński w hitlerowskich obozach koncentracyjnych przeżył 5 lat i 15 dni. Czas w niewoli opisał w nigdzie dotąd niepublikowanym „Pamiętniku zbrodni hitlerowskich”. Mój tatuś, więziony w obozach w Austrii i Niemczech, budował autostrady, którymi po wojnie jeździłam na wycieczki – opowiada córka Kuczyńskiego, Ryta Mitros. – Kiedy zaglądam do jego dziennika, widzę, jakie potworne koszty pochłaniała ta budowa, i wtedy nie chce mi się w tamte strony jechać. W obozie Mauthausen-Gusen nad Dunajem, gdzie tatuś najdłużej się nacierpiał, najbardziej bestialskie były sposoby mordowania więźniów: palono ich żywcem, topiono w beczkach, wieszano za ręce na kilkanaście godzin, tak że często nie odzyskiwali w nich władzy. Esesmani kazali im wtedy nosić ciężary w specjalnie przymocowanych nosidłach. „W moim pamiętniku ze świadomością stwierdzam, że opisane przeze mnie morderstwa na więźniach to były normalne dni, tygodnie życia obozowego – pisze Kajetan Kuczyński. – Byłem poddany powolnemu mordowaniu”. 43 95 8 Zapisane odręcznie obozowe wspomnienia przechowuje córka. Kilkadziesiąt stron w szarych okładkach notatnika akademickiego z lat 70. minionego wieku. – Wcześniej w żadnej rozmowie ojciec nie nawiązywał do czasów, kiedy był więźniem numer „43 95 8” w obozie Mauthausen-Gusen. Coś się w nim przełamało po lekturze książki „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka. Córka zaznacza, że w zapiskach można znaleźć trochę błędów ortograficznych, pewne rzeczy autor zapisywał fonetycznie, gwarowo. – W Samarze nad Wołgą, dokąd uciekł z rodzicami przed działaniami wojennymi podczas I wojny, skończył eksternistycznie jedynie dwie klasy gimnazjum – mówi. Urodził się w 1901 w osadzie Gielusznik, obecnie Przejma Wielka, w gminie Szypliszki w województwie suwalskim. Jego córka Ryta przyszła na świat w 1932 r. w tej samej osadzie. Dziś mieszka w Suwałkach. Po powrocie z Samary poszedł do wojska i wziął udział w wojnie 1920 r. Walczył w artylerii w stopniu kaprala. Potem z szabli przerzucił się na pług. W gminie Szypliszki był znany jako wyróżniający się rolnik, prowadzący wzorowe 20-hektarowe gospodarstwo rolne. Uprawiał wszystko – żyto, pszenicę, owies, warzywa. Inni rolnicy doceniali to, że potrafił zamieniać łąki w pola uprawne, że czytał czasopisma rolnicze, hodował rasowe bydło, świnie i owce. Działał w samorządzie powiatu suwalskiego. Był też członkiem Kasy Stefczyka i założycielem Spółdzielni Mleczarskiej w Szypliszkach. Od zboża Ryta Mitros: – Kiedy do Suwałk przyszli Niemcy, ojciec od razu znalazł się na celowniku. W naszej wsi mieszkało ośmiu ewangelików, którzy od razu podpisali volkslistę i stali się Niemcami. To oni podali okupantom kilkadziesiąt nazwisk osób, według nich niebezpiecznych, znanych z tego, że nie siedzą cicho. Wśród nich znalazł się Kuczyński. „O aresztowaniu dowiedzieliśmy się 2 kwietnia 1940” – czytam w pamiętniku. „Ogólnie z gminy zamknięto 40, a z powiatu Suwałki i Sejny – 800 Polaków”. – Miałam wtedy 7, a tatuś 38 lat – opowiada Ryta Mitros. – Tego dnia siał zboże nad jeziorem. Do mnie albo do starszego o pięć lat brata Romka mama Helena powiedziała: „Idź po tatusia”. Kiedy go przyprowadziliśmy, Niemcy kazali mu się zbierać. Pamiętam, jak się z nami żegnał, prosząc, żebyśmy się nie smucili. W domu został jeszcze nasz najmłodszy brat – czteromiesięczny Antoś. Kiedy mamusia jechała do gminy załatwiać sprawy, zawijała go w becik, potem w koc i kładła w tyle fury, bo sama powoziła końmi. Musiała go brać ze sobą, bo był karmiony piersią. Pod nieobecność tatusia sama zarządzała gospodarstwem. Na szczęście mieliśmy do pomocy chłopaka i dziewczynę, a i brat Romek nie próżnował. Mamusi rodzony brat Romuald Majewski, nauczyciel, też był aresztowany w tym samym co tatuś czasie, i też trafił do Maut- hausen-Gusen. Tata zobaczył go tam półżywego na stercie trupów i nawet zdążył się z nim pożegnać. Bicie na powitanie Po aresztowaniu Kuczyńskiego przewieziono do więzienia w Suwałkach. Po czterech dniach osadzonych przetransportowano do obozu przejściowego w Działdowie, gdzie przeszli chrzest obozowy. Zabrano im rzeczy osobiste – poupychane po kieszeniach scyzoryki, brzytwy, szelki, paski, pierścionki i żywność. Esesmani stający na warcie na powitanie bili ich pałami gdzie popadnie. Stamtąd został przetransportowany do obozu Sachsenhausen w Niemczech. „Zaprowadzono nas do łaźni, co było połączone z masowym biciem” – czytamy. „Zamiast ubrań dano pasiaki. Wtedy zaczęło się masowe powolne mordowanie. Bez przerwy kazano nam ćwiczyć żabki, przysiady, kulanie się. (…) Uczono nas śpiewania hitlerowskich piosenek o zwycięstwie nad Polską”. Ból był wtedy najczęściej doznawanym przez niego odczuciem. Opisuje, jak esesmani chodzili z pałkami i „lali więźniów gdzie popadło”. „Ja osobiście zostałem pobity przez gestapowca za to, że nie mogłem odczytać numeru innego więźnia”. Na początku czerwca ponad 1000 więźniów przewieziono stamtąd do pracy w kamieniołomach w austriackim obozie Mauthausen-Gusen. Przed drogą poinstruował ich Polak spod Poznania, z zawodu prawnik. Zwrócił uwagę, żeby się wspierali i pod żadnym pozorem nie skarżyli Niemcom, bo to obróci się na ich niekorzyść. „Pociągiem osobowym hitlerowcy wieźli nas do obozu na powolną śmierć” – zapisał Kuczyński. Ledwie położyli się po posiłku, a już nad ranem rozległ się obozowy dzwon i okrzyk: „Wstawać!”. Szybko zorientował się, że obóz jest w fazie powstawania. Zamiast klozetów zastali cuchnące wykopy z kładkami. W barakach nie było pieców, trzypiętrowe łóżka miały sienniki napchane trocinami tylko raz, na początku. Później spało się na deskach. Woda była racjonowana, za to godziny pracy nieograniczone – więźniowie pracowali co najmniej 10 godzin dziennie. Każdego ich kroku pilnował blokowy z bykowcem albo sztubowy z batem. Kamieniołomy Kiedy ucieszył się, że dostał w miarę spokojną pracę w kuchni przy obieraniu kartofli, następnego ranka otrzymał nauczkę. „Nadzorujący esesman przyniósł kij wierzbowy i pilnował, żeby głowy obierających były ustawione równo jak pod sznur. Jeśli tak nie było, to bił nas po głowach łysych jak kolano. Co tydzień byliśmy obowiązkowo goleni tępą brzytwą. (…) Wieczorem jego kij był zniszczony od bicia naszych tyłków i głów”. Z kuchni przeniesiono go do kamieniołomów, gdzie wycieńczającą pracę utrudniało posługiwanie się ciężkimi łopatami. Kiedyś udało mu się zdobyć lżejszą. Gdy usiłował ją ukryć na noc, zauważył to esesman i natychmiast wymierzył mu karę – uderzenie ciężką łopatą w lędźwie. Było tak mocne, że prawie złamało mu kręgosłup. Długie lata po wojnie czuł ten ból. „W październiku 40 r. zacząłem pracować przy transporcie desek do budowy baraków. (…) Kiedy jeden z więźniów uciekł, 6000 osadzonych musiało stanąć na placu apelowym i było mocno bitych. Aż do czasu znalezienia uciekiniera. (…) Przez 24 godziny nie mieliśmy nic w ustach. To był sądny dzień”. Podczas 5 lat z obozu udało się uciec jedynie dwóm więźniom. Prawdziwą lekcją życia była praca w kamieniołomach i przy zasypywaniu bagna. Czasem przez tydzień chodzili w mokrych ubraniach, bo łupali kamienie w śniegu i deszczu. W pewnym momencie władze obozu zorientowały się, że mają za dużo słabych więźniów, którzy zbyt wolno umierali. Komendant obozu, ukraiński Mazur Bogdan Chmielewski, postanowił zgładzić ich zbiorowo. „Zgromadził więźniów na placu apelowym i kazał każdemu biegać po 100 m. Najsłabsi zostali skierowani do komór gazowych.(…) Kiedy nie nadążano spalać ciał rozstrzelanych pod ścianą śmierci, wywożono je do dołów”. Powrót taty Ryta Mitros: – W pamiętniku tatuś pisze o wsparciu, którego udzielał mu współwięzień, piekarz Bronisław Chadkowski z Sejn, taki jego mentor. Pan Bóg się nim posłużył, żeby ojciec przetrwał w trudnych sytuacjach. 5 maja 1945 r. obóz został wyzwolony przez wojska amerykańskie. Kuczyński opisuje, jak komendant US Army zapytał, dlaczego jedni więźniowie są chudzi jak kość, a drudzy tłuści. Kiedy się dowiedział, że ci grubi to obozowy nadzór, znienacka zaczął do nich strzelać. – Żołnierze rozbili wtedy magazyny kaszy i mąki, a więźniowie rzucili się na nie i jedli na surowo – mówi pani Ryta. – Kilkuset wygłodzonych zmarło z tego powodu. Tatuś był w lepszej sytuacji, bo jakiś czas pracował w kartoflarni. Wiadomo, że od surowych ziemniaków można się pochorować, ale on zaczął od jedzenia ćwiartki ziemniaka, i tak się przyzwyczaił, że zjadał ich kilkanaście dziennie. To go trzymało. Po wyzwoleniu z kilkoma kolegami przeszli przez Niemcy i tam się „objedli”, poprawili wagę na niemieckiej żywności. Jak dziś pamięta powrót taty. – Dzień wcześniej przyszedł do nas rolnik z sąsiedniej wsi, Wacław Misiukiewicz, pochwalił w drzwiach Pana Boga i powiedział, że ma dla nas dobrą nowinę. „Może tatuś wrócił?” – krzyknęłam. Okazało się, że to prawda. Zatrzymał się u siostry Zofii w Suwałkach i prosi, żeby mamusia po niego przyjechała. Następnego dnia grabiliśmy siano przy drodze do Suwałk, którędy tatuś miał jechać. No i nagle słyszymy żelazny wóz, więc biegniemy do niego – ja, Antoś i siostra mamusi z dziećmi. Był mocno zmieniony, połysiał, ale ubrany pięknie w gabardynową bluzę, miał wyprasowane spodnie i teczkę pełną eleganckich ubrań. I tak mieliśmy tatusia już teraz. Od razu wziął się za gospodarstwo, aż stanęło na nogi. Podjął działalność w spółdzielczości rolniczej i samorządowej. Wychował trójkę swoich dzieci i adoptował córkę. Zmarł w październiku 1979 roku. Pani Ryta pamiętnik ojca skserowała w kilkunastu egzemplarzach, żeby każdy w rodzinie poznał jego historię. – Dużo wnuków i prawnuków mojego tatusia nosiło go na lekcje do szkoły – wspomina. – Bo to żywe świadectwo kogoś najbliższego, kto 5 lat i 15 dni umykał przed śmiercią.• {"type":"film","id":11200,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/Triumf+ducha-1989-11200/tv","text":"W TV"}]} powrót do forum filmu Triumf ducha 2013-10-14 16:43:11 Taką, mniej więcej kwestię wypowiada Dafoe, pod koniec filmu. Co to niby ma znaczyć? Że niby Żydzi Żydom zgotowali taki los? Czy to błąd w tłumaczeniu? Film ma jeszcze, jak na mój gust, jeszcze jeden kwiatek. Dafoe na początku opowiada, ze "wywieźli nas do tysiąca obozów w całej Europie". Ta "Cała Europa" to Polska i Niemcy. Może jeszcze o tym filmie nie słyszałem. Przeczytałem o nim, w komentarzu, jednego z użytkowników portalu. Że niby taki dobry. No i, moim zdaniem, film dobry nie życiu w obozach koncentracyjnych przeczytałem następujące książki: "Pięć lat kacetu" Grzesiuka. "Anus mundi" Wiesława Kielara", "Los utracony" Imre Kertesz, "485 dni na Majdanku" Jerzego może dlatego film wydaje mi się tylko luźno osadzony w realiach Oświęcimia. Sam przyjazd transportu chyba tak nie wyglądał, jak na tym filmie. Przyjazd wygląda zbyt scena, gdy pierwszy raz pokazane jest, jak więźniarki ciągną wagonik, jest przejmująca, wzbudza współczucie. Ale jest to jedna z niewielu takich scen. Gdy współczujemy więźniom. Mniej więcej po godzinie seansu widz spogląda na zegarek i, mimo okrucieństw na ekranie, marzy by jak najprędzej skończyły się jego(widza nie bohaterów) męki. I film się bohater grany przez Dafoe antypatyczny tym. Raczej odpychający. Nie sposób mu wątpliwości, zcy jego odmowa walki dana temu SS manowi w ogóle mogłaby mieć miejsce. Zbyt hardy. Ja wiem, ze to tylko film, ale z realiów wyczytanych w wymienionych wspomnieniach, wynika, że oni(ss) wymagali bezwzględnego udział w buncie, to chyba zdaniem lepszym filmem jest lepiej obejrzeć jakiś film dokumentalny, lub przeczytać jedną z wymienionych przeze mnie książek, niż oglądać ten film. Nie polecam użytkownik usunięty Trochę zgadzam się. Film stara się pokazać brutalną rzeczywistość obozową ale zabrakło mi w tym jakiejś lepszej fabuły i bohaterów którym można by współczuć. Odnoszę wrażenie że fabuła jest głównie pretekstem żeby pokazać przemoc i okrucieństwo a to za mało na naprawdę udany film. Daję 5/10. użytkownik usunięty A może to zła obsada? A może po prostu są lepsze filmy o obozach? Może brak pokazania psychologicznej głębi, wyczerpania głównego bohatera? Czytam w notkach o nim, że dwie walki stoczył po ciężkiej chorobie. Jedną z przeciwnikiem dużo cięższym od niego. Że dopiero po kilku stoczonych walkach dostał trochę lepszą w pamięć mi nie zapadł. Już go prawie nie pamiętam. A oglądać drugi raz nie mam ochoty. użytkownik usunięty Są lepsze np. Playing for time - 1980, Kapo - 1959, A man Escaped - 1956 i tak dalej. Z nowszych Rescue Dawn - 2006 a z najbardziej znanych, rozrywkowych i oczywistych The Deer Hunter, The Great Escape, The Bridge on the River Kwai i tak dalej. Z drugiej jednak strony Dafoe to przecież dobry aktor, widocznie jednak nie na takie for time jest znakomity, nawet wyszedł ostatnio na bluray:) po części się z Tobą zgadzam, zawsze oglądam filmy wojenne, i przeczytałem parę książek- Grzesiuka tez, dokumentalne, [byłem] na Majdanku ,tylko osobiście nie rozmawiałem z kimś kto przeżył obóz ,chociaż są z nimi wywiady , wiec ...jeśli chodzi o błędy , czy wyjaśnienia....1 Defoe mówi o 1000 obozach w całej europie... rzeczywiście obozy były prawie w całej europie a czy ich było 1000 raczej nie , pewnie ze 100 , nie ma dokładnych danych2 rozdawanie chleba współwięźniom, w obozie była taka znieczulica i apatia, ze za kawałek chleba to sie kobiety oddawały. a żeby przeżyć, matki nie przyznawały się do swoich dzieci. ponieważ poszły by z nimi do gazuoczywiście naziści oczekiwali bez względnego posłuszeństwa, po to były różne kary i inne rzeczy 4 już nie wspomnę o kanibalizmie w obozie, czy, gwałtach na współwięźniach5 jak ktoś czytał o więźniarkach z Oświęcimia , lub oglądał film , to wie ze np. jak opowiadała 1 co przeżyła Oświęcim, Kazali IM Przerzucać KAMIENIE Z 1 KUPKI NA 2 KUPKĘ, LUB KUPĘ PIACHU, EWENTUALNIE Z dla zabawy esesmani strzelali do więźniów , pracujących na polu lub ogólnie przy pracy6 jeśli chodzi o tą cenę z ciągnięciem wozu przez więźniarki, jest przejmująca, po prostu trzeba się wczuć w ich role, empatia, wyobrazić sobie co one czuły, i jakie to musi być nieludzkie. -----------jeśli ktoś ta scenę oglądał na lajta. to tylko tam brakowało ss-mana z pejczem by i je poganiał ....chore.....7 Że niby Żydzi Żydom zgotowali taki los? raczej oni sami zgotowali sobie ten los , zgadzając się na wszystkie upodlenia .po prostu powinni walczyć . oczywiście nie jest to po proste..poświęcić się dla obcego człowieka..ale chodzi mi o znieczulice społeczną.... jeśli widzimy zło i nie reagujemy , dajemy przyzwolenie , na wyrządzanie krzywdy innym .... zło wygrywaproszę oglądnąć sobie film o biografii Hitlera Hitler: Narodziny zła......tam jest ten cytatoczywiście należy się tym ludziom współczucie i oceniam , filmu, wypowiedzi staram , się nakreślić jak ten film należy odbieraćpamiętać by z głupich, pobudek, niedowartościowanego , [małego] malarza,----------- ludzie ludziom zgotowali ten los tak na marginesie ,podobno Hitler ,poprzez swa rządzę władzy chciał, by wszyscy ludzie na świecie cierpieli tak jak on .... pewnie brakowało mu bliskości i miłości drugiego mieć dużo charyzmy i chęci przetrwania , by to wytrwać , przeżyć taki obóz , fajna scena gdy Salamo znalazł i całował …. Miał motywacje by ja odnaleźćdzięki za post, bo warto o tym rozmawiać janekgromada dodam jeszcze brakuje realistycznego ubrudzenia aktorów grających główne role, no niestety nawet po 1 dniu pracy, bym był bardziej ubrudzony , niż oni, proszę się przyjrzeć , a gdzie wszy , tyfus i wybite zęby, może się czepiam, ale to tylko film , nie film mimo wszystko, podobał i czasami do niego ------najlepsza scena jest - kobiety ciągnące wózek. a wasze ulubione fragmenty ? użytkownik usunięty janekgromada Ze wspomnień wynika, że o realizm w filmach, o tej tematyce trudno. Filmy musiałyby być okrutne. Wręcz sadystyczne. Aktorzy chudzi. Jak oddać głód, chłód, strach, zezwierzęcenie?Jeśli idzie o tą tematykę, nie lubię fikcji, jakichś artystycznych wizji. Dla mnie są kalaniem świętości, żerowaniem na cierpieniu wiemy, ze niektóre wspomnienia, wspomnieniami nie są. Ta literatura po porostu dobrze się sprzedaje i można chodzić w glorii chwały. A świadkowie się każdym razie, możliwe, ze nie zrozumiałem jakiegoś zamysłu reżysera filmu o tym, kto komu zgotował ten los, czy patetycznego "wywieźli nas do tysiąca obozów w całej Europie" które- moim zdaniem- wypadło patetycznie i śmiesznie. Dziwacznie. Być może to moja wina. Aczkolwiek uważam, ze kontekst, w jakim powinno się odebrać zamysł artystyczny, winien być podany bardziej łopatologicznie. masz racje, ,,,,,,,Aczkolwiek uważam, ze kontekst, w jakim powinno się odebrać zamysł artystyczny, winien być podany bardziej łopatologicznie.,,,,,,,przecież film ,powinien być łatwy do zrozumienia szukam , jakiegoś wywiadu z nazistami, ss , ewentualnie kapo . z obozów koncentracyjnychpo prosze linki Miałam takie same odczucia, wrażenia po tym polecanym mi tu na stronie "Szarej strefy" filmie, ALE po zobaczeniu wysokich not przy triumfie ducha i zorientowaniu się jak dawno był nakręcony, głupio było mi to głośno przyznać. Gratuluję Ci odwagi. Mnie głupio było nawet ocenić na 5... wstydziłam się głupoty, niewrażliwości/nie wiem czego. Dzięki, bo dodałeś mi odwagi, by ocenić film nie łącząc go wyłącznie z ważnością tematyki. użytkownik usunięty Korekta Jeśli chodzi o "Szarą strefę" to nie mam najlepszego zdania. Z realizmem mało ma, jak na mój gust, wspólnego. Zdaje mi się że bankier który sterował Hitlerem był Żydem, ten "zło ty" pan który przyczynił się do tego co obecnie znamy z kart historii jak ww2 ?

obóz ze wspomnień grzesiuka