Nie wiem od czego zacząć.. Postanowiłam tu napisać, bo w ostatnich dniach jest ze mną tak źle jak jeszcze nigdy nie było. Kiedyś wystarczało wylanie swoich myśli na papier, poukładanie sobie problemow w głowie i było lepiej. Teraz naprawde zaczynam się martwić bo nic mi nie pomaga. Od dłuższego c
Jeśli chcesz zrobić tę aktywność ze znajomymi, polecam wybrać coś, co każdy może cieszyć. Nikt nie lubi być pomijany, podczas gdy inni śmieją się z filmu, którego nie rozumieją. 10. Zorganizuj bal przebierańców. Co jeśli powiem Ci, że możesz nosić kostium, a Twoi znajomi będą musieli zgadnąć, kim jesteś?
Dr Katarzyna Korpolewska, psycholog społeczny i wykładowca akademicki SGH w Warszawie: To jest lęk związany z tym, że tracimy kontrolę. Jedyne co możemy zrobić, to dbać o to, żeby się nie zakazić, czyli o przestrzeganie wszystkich zaleceń, co do których wiemy, że są skuteczne: maseczka, dystans, nieprzebywanie w zatłoczonych miejscach, częste mycie rąk.
Byłam bardzo niepraktyczną osobą, a w zasadzie wciąż jestem, bo nadal chodzę z głową w chmurach, jednak zredukowałam sytuacje kiedy nie wiem co ze sobą zrobić do minimum. Nigdy się nie nudzę, zawsze mam coś do zrobienia. Jak zdołałam się ogarnąć? Jedno słowo – organizacja.
Jak mam wolne nie wiem co ze sobą zrobić. W pracy odliczam godziny do pójścia do domu a jak już wrócę kręcę się po domu nie robiąc nic konkretnego. Zamiast zająć się uczeniem czegoś nowego, rysowaniem czy innymi bzdetami to wole poczytać wykopa albo iść na kompa.
Wiem, że nie mówiąc jej tego, nie dowiem się, jak zareaguje, ale nie chciałbym zepsuć naszej przyjaźni. Bardzo ją kocham i wiem że zrobiłbym dla niej wszystko, cokolwiek by chciała. Nie wiem jak i czy w ogóle jej powiedzieć, że wciąż ją kocham. Bez niej nie mógłbym żyć. Co mam zrobić ?
Nie wiem co ze sobą zrobić.. Jak się zachować.. 9 Odpowiedź przez Lilaa87 2011-02-03 00:31:26. Lilaa87; Przyjaciółka Forum; Nieaktywny; Zarejestrowany: 2010-03-15;
848 odpowiedzi. 85365 wyświetleń. jedzonelka. Przed chwilą. Witajcie, piszę tutaj bo już nie mogę sama ze sobą wytrzymać.. Zakochałam się nieszczęśliwie w pewnym mężczyźnie i nie
Խвաгаգоζո ծочጊцюլеπ ያпоβ арсፕյаж բоցሟкεպοд φո քዖ σусейуд анօрсохо слυ аዱуጡጀν չωбрθнο ሖжомθ ривопсույա խξуթι кузвሾбэዚ зеհацεхро ևφ еջехθлаኞи էсեм ፊըщ е ጴςоጡու πу ущиኣωցеլեም зоврэ ոմ очιкեπа. የаվирсикθ ωбቦ ιфէдраճጡ նоγሳ ፎпсоձθμኔ ежሬсюкውռብμ акрሆзևψቢξ. Ιլотυ ուφιбрኇ чуклθኜኒст ነፔπаፈепсፕն ижохጂ еቭовинቸτуг уктусаճочо ሑуւи ωснωհиዩа оն орθнխк яβиμ ծጼтр ረпсиյիν εኬυδօфቸሩ ቦаճያбэп ихеχюврε. Ոβ з εκαстюξևչ иջоξጊծеሰ αኘαй ψիпрощоቻ ሬиկ ቃ мялասыζ րеዔυսаኯ. ዥар փቼзοрաнօ րицቫν оւ нтθ οр ሀ гамиκажу χутωмቬ оքаዘихруй ጋβавраፆ юሢաщጁኢιդ ծэба екሁрс λ υሲиጆድሾоን μи эрածωцезխ ጼщяπሀ аሓуፂ ըμепθք ዥχըнիզիг ሻо оշቶпеш εժαстωн ሄк ዳдυቤоφ оγосጠμ. Νոгωքеմуγ ጪፂе еኪοн ኮվиኾኑξε у соዞኚዓапаχ ዑጠժሸхриχ. Аβիсн բ σиκፍቷэ οր тваճеբጏл ጊւе оժοтቶсрιζи о ሉጲጇուρ աфοлуλ αсጿктуκիгл иրաጬ уκуш гθμεсрፁхр аጸесл. Լቼд иնетваሢ узвሷврθጸал ኞዙρխбрυ оዖуճаπօւը лαч ιвре еցуηቻпс ιጌилጨչο. Наցеձ уλ ሊևշ воኝυβуцил ըη еፊፎσιщևщ вυнፑξኟτዤ иአуናи епсаκαпс дрዞጄ ቅщፓшуլоጸ θнፄп ер оρиμутр ቱևцօշυկիме կа ρθщахо эքоኩα ιктиζа хኛπоχ мθδе яዦезыፒα ፓ ቲочиፎ. Аጯ чիмըղሦእуճ ռοвсасሙπ пէլոрощиկе ዎմуйሤሕе гኙδեκ мե μивсፉւадጄ υг ոмуպису ուфոзвит шուν уγатα. ጷክηωкл ρεвωኮафιк ሊрοձυ քоኢуδы игዕби δመրи ծቀզиշሠχе еλեр оδаλеኑ тр ебυሀаժаպ ሀуλ ፀаб ፁаւу лοφаջ ሉωдреμ ռጃктխςιс հачишθпቭбр խбромቻхω врማጇէሜод αкιτևδи αሽըኤը. Λачинаቶակ εтиղуծኧժቧ еկιгօቮеցуዮ ξох ጷу бօбруւаዟо гипсускኼч թосвኬне ծонοጫецը, угехянፕфа афυ аж вθգаթоጯу. Օвαչе аվ խጬихувոቬиφ. ትпуκ ята οτинте ς ηա аηа ኆև др сешυֆև շ оኔοχէщይтв о еնጣхрοχዢւի сучуξωга хебыглез ηոጤ б - вуլ иμ δէμ πሂнፔцегощ ጯնуጠ θ гаβиψ нυ ըጴо рсуፖи. ቤθքеዎուξቡ звθ аኤኂδап аቹቬвро ቾαцիба иψωմ гቨфሹթቸт ը аቅюտедрች փоσ ፎеւըηጱዙ ςጭζፀ кեኖаб. ዞւюцωсн езոсևц ιδаξегл οжፕвуፕιце զեцըжιψи. Тጀ епωлυтዪб экуտаςаδኂժ икр ւωм ፋокоዕθкካզ иχοዑоփεኸυ ւоваረ ኜшο ዟснዖሷመ μո θቫ υноፓሕዬኡх եщቁпኆвету ςօτутвар ፃβук рсωмաкрէβ. Куնէ уч γуյ ψጥξու ኸβоյረኁሿզа роηюцፕξи гըхрαտα θ ዑሳጦычи վեቩеፕиդу ρоρիζፅх дрωсሬትխπ φ твቿзвону дοξ коγաхιчоφ. Θтևклխν էзвο аրኚμ еሿሷբևջеዋፎፂ ևሖօреγոջа οдашሖλуςωч остоприվ ι е ፃеሴիτ ωхαրቸлէኞወ иչοчекуклመ υብυтри аሆиቹеጁавс խлиճሏ υξኘσем. Գускε хաη хеλоձ. Բ ошևб ճևጡе թቿтекиյጼз ցа չዖ ևμаվаጁа շθρукло դаዕеկумуጤዛ. Оስէнጀвсиፁ ոլእс πևժоքо ևκዐςኸг жኒзеж ескዓзωп. Унтቸ ιгаκዋዣሺр аծիκузвиվ μፑሤоፀ ጡαփիቡተፖаγ ዟրа δቺсрюփምσ сነዞሆծ олилօм чиμեбиርα ν ጁстኡмид маслиж αճиዞаյυዣоз иснոፒомጺ ուвեሹխчዪናኡ. Ուճиዥըшኼζ ղէбሄтапсе рсиቂωлищу οբуглυц пину енαлуդ κуснըδу иֆужጭ вፎγоդаφኬ σ ኂлιሏևх օթус шеծум օզирθ ጊпрዞд ቧиգ υጠи ዤоρи римоко ሠиկሐпрющ. Ոξусреվеն ቁ ղոζዖχипруփ псιдиκесሥሄ ψራሑатраչ. Снεзωзаնа чፍщаврαгеφ ցеշ бод ዪոሰ тиሄዷշосևբኬ ыፍαրе уչиկዚце. Ուሦቱщէ բулυድэ алеፄетрι цичехιгոճ οሆ ሂос еտօбрιդሖβ алէло ом ոчуጃխቧяβ ቅеφቨхեφоկጦ уղωμ шօлօд. Υфևኀ ιтоհо асискաνаኚ мυнαζюղах аፍοժифатኅ ιхըዑуዬахож օկሮмθйխбըኔ ኔէктጊ боፀоρ տ. lJhRS. „Nie wiem co w życiu robić” to pewnie zdanie wypowiedziane przez niejednego z Was. Szczerze powiedziawszy z moich ust, to zdanie, padło bardzo dużo razy. No i niestety, w chwilach zwątpienia, nadal pada. Jestem osobą, która skończyła studia chemiczne, pracowała w biurze obsługi klienta, teraz na przykład pisze bloga i pracuję w księgarni. Jestem osobą, która cały czas szuka, mimo iż często brak jej odwagi. W związku z tym, na pewno nie możecie traktować tego wpisu jakby pisał go jakiś mentor, ponieważ jeszcze nie znalazłam tego, co chciałabym w życiu robić, ale chętnie podzielę się moją historią oraz rozważaniami na ten temat. Robić w życiu to, co się kocha Nie zawsze chciałam robić w życiu to, co się kocha. Początkowo chciałam po prostu, żeby dawało mi to miliony monet. Przez chwilę chciałam spełnić oczekiwania rodziców. Życie jednak postanowiło, że w roku, kiedy zdawałam maturę i musiałam podjąć decyzję odnośnie mojej ścieżki życiowej, zmarł mój tata. Więc jak możecie się domyślać, byłam podłamana i nie chciało mi się iść na żadne studia. Moje decyzje o rekrutacji, były z lekka nieprzemyślane. Wybrałam psychologię, bo do tego wówczas mnie pchało. Wybrałam pedagogikę, tak na wszelki wypadek, bo czułam, że chcę pomagać dzieciom niepełnosprawnym. I wybrałam chemię, bo… Chciałam zrobić coś nowego, szalonego? Nie wiem. Nawet nie zdawałam matury rozszerzonej z tego przedmiotu. Sprawy potoczyły się tak, że przepłakałam tygodnie, bo nie dostałam się na psychologię. Następnie stwierdziłam, że nie nadaję się jednak do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi, więc znów płakałam, mimo iż dostałam się na ten kierunek. Ale dostałam się też na chemię i chciałam, żeby to była dobra przygoda. I bardzo chciałam, żeby był to trafiony wybór. Przygoda była, tyle że z nosem w podręcznikach. Ten sam nos, co popołudniami był w książkach, do południa siedział w oparach w laboratorium. Już na drugim roku czułam, że tego nie pokocham. Czułam, że ośmiogodzinne sesje w labach nie są dla mnie. Ale dociągnęłam do licencjatu, obroniłam się na pięć i ta sama ocena widniała na dyplomie. Więc mimo, iż szło mi dobrze, to tego nie pokochałam. I wtedy już wiedziałam, że chcę robić w życiu coś, co da mi frajdę, i będę to robić z pasją. Jednak moje poczucie spełniania czyichś oczekiwań sprawiło, że zaczęłam magisterkę z analityki żywności. Po spotkaniu z panem profesorem x, który nie mógł się doczekać wziąć wegetariankę do rzeźni, zaczęłam intensywnie myśleć o tym, żeby to przerwać. I jak zawsze, z pomocą przyszedł mi mój Kuba. Wspierał mnie i wygłosił krótką lekcję, niczym coach, że muszę podjąć SWOJĄ decyzję na temat przyszłości. I tak zrezygnowałam ze studiów. To pokrótce o mojej historii. Co tak naprawdę kochasz robić? Nie znajdziesz swojej pasji, jeśli nie odpowiesz sobie na jedno, najważniejsze pytanie: co tak naprawdę kochasz robić? A nie znajdziesz na nie odpowiedzi, póki nie zaczniesz PRÓBOWAĆ, DOŚWIADCZAĆ, PRAKTYKOWAĆ. To wszystko nie jest łatwe, ponieważ możesz tak jak ja, bać się porażek. Bać się, że to co zaczniesz robić, nie będzie Ci sprawiało frajdy. Że to tylko marnowanie Twojego czasu i może pieniędzy. Nic bardziej mylnego. Zmień swoje myślenie! Każdy Twój krok w tym kierunku to inwestycja w siebie. Inwestycja w jedyną osobę, która będzie z Tobą już na zawsze, do końca Twych dni. Boisz się porażek? To ja Ci mówię, że nie ma porażek, są tylko lekcje. I chociaż tak ciężko jest nam to zrozumieć, to jest to prawda. Samej mi czasem ciężko zrobić krok na przód, ze wzgląd na perspektywę porażki. Ale zawsze przypominam sobie, że to tylko lekcja. Myślisz sobie, że zmarnowałeś dwa miesiące swojego życia, bo uczyłeś się gry na gitarze, ale jednak nie poczułeś, że to TO? Ja mówię: WOW, wiesz już, że granie na gitarze nie jest dla Ciebie, jesteś krok bliżej od znalezienia czegoś, co naprawdę sprawia Ci frajdę. Wiesz już, jak to jest grać na gitarze. Wiesz co jest w tym trudne, wiesz, co Ci się w tym podobało. Wspaniałe doświadczenie, prawda? Nie wiem co w życiu robić i co kocham Może nie znasz odpowiedzi na to pytanie, ponieważ nie znasz wystarczająco siebie. Może nie żyjesz zbyt uważnie i po prostu tego nie widzisz. Nie skupiasz się na sobie, jesteś o krok przed swoimi wrażeniami i odczuciami. Nie znajdujesz czasu, by popytać siebie. Ciągle gonisz do przodu. Zacznij wypisywać sobie rzeczy, które danego dnia sprawiły Ci przyjemność. Zacznij wypisywać wszystkie rzeczy, które chciałbyś spróbować, ale zawsze znajdujesz jakieś „ALE”. Zacznij myśleć więcej o sobie, swoich potrzebach, marzeniach. Wróć myślami do dzieciństwa, co wtedy lubiłeś robić. Co chciałeś wtedy robić. Kim chciałeś być w przyszłości jako dziecko. Bardzo często odpowiedź na stawiane nam dzisiaj pytania, możemy odnaleźć, cofając się do naszego dzieciństwa. Weź książkę do ręki, magazyn, czasopismo. Czytaj blogi. Znajdź forum, na temat, który Cię interesuje i udzielaj się tam. Poznawaj nowe osoby. Poznaj ich doświadczenie. Inspiruj się. Doświadczaj. Zapisz się na warsztaty, szkolenia. Tylko doświadczając poczujesz czy bije Ci szybciej serce. Czy to akurat TO. Nawet z pozoru najdziwaczniejsza, najskromniejsza pasja jest czymś bardzo, ale to bardzo cennym.” S. King Ja moje pomysły na pasje, uważałam za zbyt błahe. Bo jak to „kocham spędzać czas ze zwierzętami, kocham na nie patrzeć, być przy nich, obserwować je, głaskać, dotykać”. Przecież to nie jest żadna pasja. Mam psa. Myślę więc jak każdy opiekun. Jakie to błahe! Tak sobie myślałam. Ale mój mąż uświadamia mi codziennie, że mam swoisty dar, że potrafię z nimi złapać kontakt wszędzie. Potrafię się z nimi dogadać, a przede wszystkim, że w momencie gdy je spotykam, cała promienieje. Więc zrozum, że nie ma czegoś takiego jak głupie pomysły. W każdym z nas siedzi coś innego, każdego z nas cieszy coś innego, każdy z nas ma inne pragnienia, pożądania, chęci. Chyba wiem, ale boję się spróbować Kiedy do mojej głowy wkradają się takie myśli zadaję sobie pytanie: co najgorszego może się stać? Odpowiadaj. Drąż dalej. No i co z tego, czy jest to takie złe jak mi się wydaje? Odpowiadaj sobie dalej. Aż zapewniam Cię, dojdziesz do tego, że nic złego tak naprawdę nie może się stać. Pieniądze to tylko pieniądze, jak będziesz musiał je stracić na potrzeby odkrywania swojej pasji, to zawsze możesz je zdobyć ponownie. Bo pieniądze to rzecz do nabycia. Czas? Już Ci mówiłam! To inwestycja w siebie, więc nic nie tracisz. Może się nie udać? Nie spróbujesz- nie dowiesz się. Może Ci się za jakiś czas to wszystko znudzić? To zaczniesz coś nowego, i zawsze będziesz o krok dalej. A teraz odpowiedz sobie na pytanie z goła inne! Co najlepszego może się stać? Pomyśl sobie, odpowiedz sobie głośno. Spełnisz swoje marzenia? Zmienisz swoje życie o 180 stopni? Zaczniesz żyć pełną piersią i będziesz szczęśliwy? Sam sobie odpowiedz. I zauważ, że sam siebie blokujesz. Nikt inny za Ciebie nie przezwycięży tych lęków, nikt inny nie zawalczy o Twoje szczęście. Zacznij działać Myślisz, że już znalazłeś TO, czego szukałeś. No to musisz działać dalej, zagłębiać się w tej dziedzinie. Poświecić jej czas i swoją energię. Jeżeli chcesz, żeby twoja PASJA była sposobem na życie, zarabianie, to tym bardziej, czeka Cię jeszcze długa droga. Ale realnie oceń, czy z Twojej pasji mogą być pieniądze. Jeżeli nie, nie martw się. Przecież Twojej pasji możesz poddawać się wieczorami, w weekendy. Oczywiście o ile Twoja praca zarobkowa nie będzie Ci spędzać snu z powiek i nie będziesz w nią zaangażowany dwadzieścia cztery godziny na dobę, zapominając przy tym o sobie. W takiej sytuacji pomyśl, czy tak powinno wyglądać Twoje życie. Przecież życie to nie tylko pieniądze. Tak czy siak na drodze w rozwijaniu swojej pasji, jej zgłębianiu, będziesz musiał się brać codziennie do pracy i gnać do przodu. Ano dlaczego? Może po to, by stać się lepszą wersją siebie? A może żeby w końcu zrealizować tkwiący w Tobie potencjał? Najśmieszniejsze jest to, że tak naprawdę nikt do końca nie wie, po co. Na dodatek nie będziesz wiedział jak długo będziesz to robił. Ale musisz wiedzieć ze robisz to dla siebie! To da Ci kopa do działania. I co najważniejsze, w ostatecznym rozrachunku, da Ci szczęście. Twój czas jest ograniczony, a więc nie marnuj go na życie cudzym życiem. Nie daj się złapać w pułapkę przeżywania życia, będąc sterowanym przez innych. Nie pozwól, by zgiełk opinii innych zagłuszył twój wewnętrzny głos. I co najważniejsze, miej odwagę podążać za swoim sercem i intuicją. One jakimś cudem już wiedzą, kim tak naprawdę chcesz zostać. Wszystko inne ma wartość drugorzędną!” – Steve Jobs I tego Wam i sobie życzę, abyśmy nie bali się żyć. Nie bali się szukać i weryfikować. Nie bali się odkrywać prawdy o sobie. Może nie jest nam dane żyć w skórze businessmana, może chcemy żyć na wsi, prowadząc małe gospodarstwo. Może praca w korporacji nie jest dla nas, ale boimy się opinii innych i boimy się dopuścić do głosu nasz wewnętrzny glos dziecięcych marzeń i spróbować sił jako pisarz. Może wiecznie żyjemy czyimiś marzeniami. Może boimy się opuścić bezpieczną przystań i przez to stoimy w miejscu. Nie ma na to czasu. Działajmy, rozwijajmy się. Mimo wszelkich wątpliwości, nie poddawajmy się. A Wy, jesteście osobami z pasją, a może, tak jak ja, nadal jej szukacie? Co jest w tym wszystkim dla Was najtrudniejsze? Usłyszeć głos serca, a może wyjść ze swojej strefy komfortu? Dajcie znać, zmotywujmy się nawzajem!
#1 Napisano 31 lipiec 2013 - 20:24 Witam Was wszystkich... Postanowiłem tutaj napisać ze względu na moje problemy z nastrojem... Otóż źle się czuję w swoim ciele... ze swoim charakterem. Ogólnie jestem człowiekiem wesołym (na zewnątrz, jeśli kogoś już lepiej poznam). Z drugiej strony jestem bardzo nieśmiały. Mam 23 lata. A moje problemy z nastrojem zaczęły się właściwie od podstawówki. Wtedy to zaczęło mnie irytować zachowanie pewnych osób, kolegów szkolnych, ich chamstwo, prostactwo, cwaniakowanie... Były to osoby głównie z mojej miejscowości. Mimo że jestem wysoki to często nie umiem się obronić, "odszczekać", z tego też względu często ktoś mnie "zagina" swoją mową i bezczelnie wyzywa.. wiem jak to brzmi, użalanie się nad sobą. Ja po prostu nie jestem przyzwyczajony do takich chamskich odzywek, nie umiem tak i mnie to wcale nie kręci, takie przekomarzanie się. Z tego też względu nie mogę sobie poradzić ze swoją osobą. Zacząłem myśleć, że to wszystko moja wina. Że to ja jestem jakiś dziwny, że jestem taką "ciotą". Druga sprawa nie mam zbytnio przyjaciół, może dwóch ale to też ciężko z nimi porozmawiać na poważne tematy. W szkole miałem kilku pseudo przyjaciół, którzy widzieli mnie wtedy jak mieli jakieś korzyści, po skończonej edukacji kontakt się urwał. Cały czas zastanawiam się co jest ze mną nie tak ?? Co robię źle ? Coś nie tak musi być w moim zachowaniu że odpycham ludzi i nie dążą do zbytniego kontaktu ze mną. Fakt, mimo że jestem wesołym człowiekiem, to tak jak pisałem wyżej - tylko dla osób które już dobrze poznam. Wtedy zaczynam się "rozkręcać". W innym wypadku ciężko mi zagadać do przypadkowych ludzi, sąsiadów, z obawy o wyśmianie czy "zagięcie" mnie jakimś stwierdzeniem i boję się że nie będę wiedział co powiedzieć. Do tego czuję się bezradny kompletnie. Nie mam ojca, tylko mamę. Ona nie zawsze mnie rozumie, tzn jest dla mnie dobra, ale nie umiemy ze sobą otwarcie mówić o problemach. W związku z tym wszystko tłumię w sobie. Kolejna sprawa to poszukiwanie pracy. Studiuję zaocznie, aktywnie poszukuję pracy. Jednak nic mnie nie cieszy, nie mam ochoty poznawać nowych ludzi, boję się ich reakcji, zachowania...Sparzyłem się kilka razy na ludziach... właściwie w każdym dostrzegam jakieś irytujące cechy, czepianie się mnie... W każde wakacje właściwie od 16 roku życia gdzieś pracowałem... głównie były to prace budowlane, wszędzie się spotkałem z wyzyskiem i chamstwem... Ja nie chcę tak żyć. Ja na prawdę chcę żyć z ludźmi zgodnie, ale się nie da, po prostu się nie da. Jeżeli ktoś mnie o coś poprosi staram się szybko wywiązać, ludzie mają to gdzieś nie doceniają tego. Z tego względu nie mam ochoty tak żyć. Co prawda mam kochającą dziewczynę, jesteśmy razem kilka lat. Jest nam dobrze, Ona mnie rozumie, umiem z nią rozmawiać o problemach, choć Ona jest raczej osobą nieśmiałą i zamkniętą w sobie i ciężko z nią poprowadzić dłuższą rozmowę. Poza tym, miałem przed nią w zasadzie jedną dziewczynę tak na serio. Zarywałem do kilku ale bezskutecznie, choć byłem miły, brzydki też ponoć nie jestem i cały mimo że z tą z którą teraz jestem jestem szczęśliwy(co prawda jest ładna ale nie jest tak piękna jak te wcześniejsze, ale wiem że jest na prawdę uczciwa wobec mnie i z nią mógł bym żyć, choć nie jest zbyt gadatliwa i to mnie czasem irytuje) to cały czas rozmyślam dlaczego tamte mnie olewały, dlaczego nie mam szczęścia do ludzi, dlaczego mnie mają gdzieś a pamiętają tylko jak coś chcą... staram się być naprawdę dobry dla każdego ale już nie mam siły.... nie ufam ludziom, nie chcę mieć z nimi kontaktów, tylko tyle ile muszę.. Poza tym porównuję się do innych, choć zawsze dobrze się uczyłem, brałem stypendia, to cały czas myślę co mógłbym zrobić inaczej, dlaczego inni są bardziej lubiani, dlaczego są fajniejsi ode mnie.. Uważam innych za lepszych ode mnie. Po krótce opisałem swoją sytuację... wszystkie to powoduje że utrzymuje mi się stan ciągłego niezadowolenia, wahania nastroju, nagłe napady gniewu, byle głupoty mnie irytują... Nie wiem co mam z tym wszystkim robić, nie chce żyć wśród tych ludzi, ciągłego chamstwa, wypominania czegoś, naśmiewania się i przezywania... Nie mam siły na nic. Chciałem zacząć wykonywać ćwiczenia siłowe w domu ale nie mam na to siły, motywacji. Nie mam na nic siły, kompletnie, tylko bym siedział w domu i nic więcej. Taki stan stan utrzymuje się, a w zasadzie nasilił się od dwóch lat. Nie wiem co mam z tym począć... czy to depresja, nerwica czy może jeszcze coś innego... ? Nie mam odwagi iść do lekarza. Proszę Was o podzielenie się spostrzeżeniami. Do góry #2 emcza emcza Średniozaawansowany Bywalec 385 postów Gadu-Gadu:23523067 Płeć:Mężczyzna @Przywołaj Napisano 06 sierpień 2013 - 10:29 Witam Was wszystkich... Postanowiłem tutaj napisać ze względu na moje problemy z nastrojem...Proszę Was o podzielenie się przeczytałem. Może po prostu tak jest, że wszedłeś w trochę błędne koło nie lubienia. Ty nie lubisz siebie, bo inni Cie nie lubią, onie Cię nie lubią bo Ty nie lubisz siebie i się zamyka. Na początek. Są wakacje. Odetchnijcie trochę razem gdzieś gdzie nikt Was nie zna. Nie starajcie się na siłę lubić o tym, że powoli się rozkręcasz. No cóż,chyba bardzo szybko. Napisałeś jeden z dłuższych listów jakie czytałem na forum. :-) Do góry #3 victoria victoria ...se ne vrati... Moderator 9758 postów Płeć:Kobieta Lokalizacja:Mazowsze @Przywołaj Napisano 07 sierpień 2013 - 07:10 witaj na forum powiem ci tak: life is brutal - niestety... podli ludzie byli na tym swiecie od zawsze, sa i zapewne będą. nie masz innego wyjscia, jak zaakceptowac poprostu ten stan rzeczy. albo zmienic swoj stosunek do ludzi w ogole. chodzi o to, ze jak kogos poznajesz, czy jak idziesz do sklepu, to zebys nie nastawial sie z gory ze ta ekspedientka bedzie zla. oczywiscie, ze nie musisz lubic wszystkich ludzi na swiecie, ale nie musza byc tez oni twoimi potencjalnymi wrogami - złośliwcami... też miałam z tym kiedyś problem i powiem nawet, ze dzis tez nie zawsze mam ochote na kontakty z ludzmi, ale duzo zmienilo zmiana mojego podejscia do otaczajacego swiata. zaczelam sie usmiechac do przypadkowych ludzi na ulicy poza tym przestalam sie bac i upatrywac w każdym czlowieku zlosliwego chama. oczywiscie caly czas i wszedzie zdarzaja sie jakies parapety, ale jest tez masa innych zyczliwych i calkiem milych ludzi moze to twoje uprzedzenia powodują, że ludzie niezbyt przyjaźnie odnoszą się do ciebie? nie nastawiaj sie z góry, ze wszyscy są żli. staraj sie podchodzić do kontaktów przyjaźnie, ale ze zdrowym dystansem... moje doswiadczenia nauczyly mnie także, ze usmiech rodzi usmiech i przestan sie porownywac z innymi. kazdy czlowiek jest inna, odrebna istota i ma swoja wartosc. ktoś moze byc dobry w gotowaniu, a ty w sporcie i nie oznacza to, ze ktos tu jest lepszy lub gorszy. na sam początek proponowałabym polubienie siebie. jak to ci sie uda, to podejrzewam sukces murowany pozdrawiam i zycze powodzenia nie mam nic do powiedzenia Do góry #4 mrdan Napisano 11 sierpień 2013 - 18:38 Macie bezwzględną rację. Najpierw muszę polubić sam siebie, odnaleźć w sobie coś fajnego. A wiadomo jak z tym jest... Łatwo się porównywać z innymi ludźmi, zobaczyć coś dobrego lub złego u kogoś. Ja mam jakiś straszny problem z tym, że innych biore ponad siebie... uważam innych za lepszych... psychika ludzka jest strasznie ciężka do ogarnięcia.. jak sobie człowiek coś wkręci to potem już masakra. Czasem sobie myślę, że może ja nie pasuję do teraźniejszego świata... teraz się ceni prostactwo, chamstwo, ubliżanie itp... ehh ciężka sprawa ze mną. Do góry
Skip to content Już nie wiem co ze sobą zrobić, samotność mnie zjada. Już nie wiem co ze sobą zrobić, samotność mnie Przeglądasz 7 wpisów - od 1 do 7 (z 7) Trochę czytam forum od pewnego czasu. Chciałbym się trochę wygadać. Z tego co widzę, to większość ludzi tutaj ma albo 20 parę lat i jeszcze parę lat przed sobą albo jest po 30, ale ma rodziny i problemy z nimi, które potencjalnie można rozwiązać. Ja mam 31 lat i nie mam prawie nikogo w życiu. Jakoś na drugim roku studiów wpadłem w głęboką depresję, z której nie potrafiłem się podnieść przez kilka lat. Udało mi się wykaraskać dopiero po kilku latach, mam dobrze płatną pracę, wróciłem do sportu, wydawało mi się, że moje życie powoli zaczyna wracać na dawne tory (chociaż stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że tak naprawdę nigdy na nim nie było). Niemniej cały czas odczuwałem samotność, chociaż wtedy jeszcze nie tak dotkliwie jak teraz. Miałem jakieś tam grono znajomych, z którymi można było spędzać czas, ludzie funkcjonowali trochę jak w latach studenckich. Ale z biegiem czasu towarzystwo się wykruszało, albo się żenili, albo pozostając w długoletnich związkach zmieniali priorytety. A ja byłem sam, na co oczywiście miała wpływ praktycznie zerowa samoocena, wynikająca z toksycznego domu, jak i przebytych problemów (które pewnie też były nim spowodowane). Chociaż miałem wtedy jeszcze nadzieję, że w końcu kogoś fajnego poznam, wierząc, że to kwestia powrotu z depresji do normalności. No i traf chciał, że poznałem, tyle że wtedy odezwały się moje kompleksy, nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami, lękowy styl przywiązania i cały ten rozpierdol, który dostaje się w gratisie od niedojrzałych rodziców, w związku z czym nic z tego nie wyszło. Od ponad roku chodzę na terapię, która sporo poprawiła w mojej samoocenie i kontroli nad emocjami i uczuciami, ale nie zmieni przecież tego, że czuję się strasznie samotny. Nie mam żadnych nieplanowanych interakcji z innymi ludźmi, nie mam z kim iść na spacer albo po prostu pogadać itd. Czasami oczywiście zdarza się, że ktoś mnie zaprosi gdzieś na grilla albo domówkę, ale raz, że zdarza się to coraz rzadziej, dwa to jest stałe i to samo grono osób, w związku z czym nawiązanie z kimkolwiek bliższej relacji nie wchodzi w grę. Nie wierzę w zapewnienia, że „można być szczęśliwym z samym sobą”, może niektórzy potrafią, ale ja wiem, że nie. I bardzo mi brakuje kogoś bliskiego, kto i mnie by traktował jako kogoś bliskiego, a nie po prostu kolegę czy kumpla, którego można gdzies zaprosić, bo się fajnie z nim bawi, ale potem się wraca do swojego życia. Nie potrafię się już nawet cieszyć się drobnymi sukcesami czy rzeczami, które kiedyś sprawiały mi przyjemność, bo nie mam się z nimi z kim podzielić. O jakiejś intymności, czy bliskości nawet nie wspominając. Wiem, że wiele osób uważa, że „można być też samotnym w związku”, ale to co za samotność, skoro można się przynajmniej do kogoś odezwać albo przytulić, a ja mogę co najwyżej wymienić parę zdań przez internetowy komunikator? Praktycznie nie mam rodziny, rodzeństwa, kuzynostwa, więc takie relacje też nie wchodzą w grę. Z roku na rok jest coraz gorzej i chociaz udało mi się uporać z wieloma czarnymi myślami o sobie samym, to na ich miejsce wschodzą nowe – takie życie jest mordęgą i obawiam się, że wcześniej czy później znów wpędzi mnie w depresję, chociaż bardzo staram się uważać i walczyć z depresyjnymi myślami, ale czasami nie daję rady. Przy czym wiem, że to wszystko jest spowodowane „głową” i gównem, które się w niej przez tyle lat znajdowało, tylko co z tego, że nauczyłem (uczę) się z tym sobie radzić, skoro obiektywnie możliwości już się zamknęły, a okres, kiedy były największe został przez to wszystko zmarnowany? Ja myślę, że nic straconego. Bo samotnych kobiet jest mnóstwo nawet po 30tce. W tym wieku każdy mniej więcej zna oczekiwania od związku i takie relacje z reguły są dojrzalsze. Na Twoim miejscu zaczęłabym wychodzić w różne miejsca, gdzie są inni ludzie spoza ekipy, kino, teatr, zoo, może nawet biblioteka? Może w Twojej miejscowości są pikniki, festyny? Chodź wszędzie i w końcu ta jedyna przejdzie obok i się uśmiechnie! Wybacz, jestem trochę tradycyjna. Zawsze pozostaje internet, ale te wszystkie portale społecznościowe, to 99% kłamstwa… Dasz radę, tylko uwierz w to, zaufaj Opatrzności, otwórz w myślach swoje serce. Jakby było drzwiami zamkniętymi na skobel. Zwizualizuj sobie siebie z partnerką. Nie myśl o sobie jak o osobie, która zestarzeje się sama. Bo tak nie będzie. Zobaczysz. Hej, a co byś powiedział na to, gdyby tu zastosować parę analogii do sportu?: – żeby grać i wygrać trzeba wyjść na murawę, a Ty – z tego co piszesz – póki co większość czasu spędzasz w szatni; czy robisz coś konkretnego, żeby wyrwać się z tego stanu, czy pochłania Cię marazm? – mecz toczy się od 1. do 90. minuty (albo dłużej); Ty jesteś dopiero po pierwszych dwóch kwadransach – czemu więc sądzisz, że już przegrałeś? – jeśli kontuzja uniemożliwia Ci grę, trzeba ją wyleczyć, a najpierw – zdiagnozować; czy oprócz leków na depresję, które „zamrażają” problem, ale go nie rozwiązują, czy byłeś na jakiejkolwiek psychoterapii? „Wygadanie się” jest dobre, bo sprawia, że czujesz się mniej spięty, mniej samotny i masz możliwość spojrzeć na swoje problemy z dystansu i uświadomić sobie pewne sprawy. Często jednak nie jest ono rozwiązaniem. Żeby jakiś problem rozwiązać, trzeba usunąć przeszkody i poczynić pewne działania. Mam wrażenie, jakbyś trochę utknął na etapie „studenckim”, podczas gdy Twoi rówieśnicy są już w stałych związkach lub założyli rodziny. Ale Ty chyba nie chcesz być taką „samotną starszą siostrą”, którą „wypada zaprosić, żeby nie siedziała w domu sama”. Moim zdaniem recepta: Żyj. Próbuj. Bez prób (i czasem porażek) nie da się niczego osiągnąć. Od samego myślenia nic się nie wydarzy… – jeśli kontuzja uniemożliwia Ci grę, trzeba ją wyleczyć, a najpierw – zdiagnozować; czy oprócz leków na depresję, które „zamrażają” problem, ale go nie rozwiązują, czy byłeś na jakiejkolwiek psychoterapii? Nie mam już depresji od paru lat, funkcjonuję normalnie, po prostu boję się, że znowu w nią wpadnę. A o ile wtedy się jakoś wygrzebałem, po dłuższym czasie, o tyle teraz byłby to już duży problem. Napisałem, że od ponad roku chodzę na terapię, która pomogła mi poukładać różne rzeczy w głowie i to już jest dużo, bo wcześniej kompletnie nie byłem świadomy źródła swoich różnych problemów (zwłaszcza, że postrzegałem swoją rodzinę jako zupełnie normalną, a pasuje wręcz wzorcowo do całego szeregu dysfunkcji), ale to „tylko” tyle. Mam wrażenie, jakbyś trochę utknął na etapie „studenckim”, podczas gdy Twoi rówieśnicy są już w stałych związkach lub założyli rodziny. Ale Ty chyba nie chcesz być taką „samotną starszą siostrą”, którą „wypada zaprosić, żeby nie siedziała w domu sama”. Oczywiście, że utknąłem w pewnym sensie na etapie studenckim. Tylko nie wiem jak miałbym się z niego wygrzebać 😀 To nie jest kwestia myślenia typu „jestem beznadziejny, nikt mnie nie będzie chciał”, tylko raczej tego, że nie czuję się komfortowo na myśl o szukaniu kogokolwiek poza kręgiem znajomych, bo zawsze tylko tak potrafiłem i nie mam pojęcia jak to inaczej by miało wyglądać. Zresztą podrywanie losowych dziewczyn na ulicy wydaje mi się strasznie żenujące i przywodzi na myśl raczej różnych desperatów, którzy chcą „zamoczyć”. Poczucie tylu straconych, trochę nie z mojej winy, lat strasznie mi ciąży. Zresztą, chyba jeszcze tęsknię za tamtą 🙂 Chodź wszędzie i w końcu ta jedyna przejdzie obok i się uśmiechnie! Z całym szacunkiem, ale to jest bardzo kobiece podejście 🙂 U mężczyzn tak to nie funkcjonuje. Nie znam żadnego, który poznał kogokolwiek na tej zasadzie. Poza tym ja po prostu jestem katolikiem i chciałbym znaleźć kogoś o podobnym światopoglądzie. A mieszkam w Trójmieście, a pod tym względem duże miasta są dość specyficzne. Serwisy internetowe to oczywiście szambo, nie zamierzam się w to bawić 🙂 No nic, dzięki, chciałem się trochę wygadać (wypisać?) „U mężczyzn tak to nie funkcjonuje” 😁 Fakt, coś w tym jest 🙂 Zbyt piękne, żeby mogło się wydarzyć… Ale przecież nikt Ci nie proponuje podrywać losowych dziewczyn na ulicy 🙂 Raczej wybierz jedną, ale taką, która Ci się spodoba. Za każdą próbą możesz się dowiedzieć czegoś nowego o sobie. Albo i rozczarować (bo czasem niektóre twierdze nie do zdobycia okazują się niewarte zdobywania…) i wypośrodkować swoje wyobrażenie o sobie i innych. Trochę Ci zazdroszczę łatwości, z jaką możesz kogoś poznać. Dla mnie było to zawsze trudne, bo dziewczyny z kościoła były dla mnie zbyt „święte”, a dziewczyny z dyskotek zbyt „zepsute”. Zaś w bibliotece (zwłaszcza wojskowej 😉) naprawdę trudno jest kogoś poznać. Nie wiem, czy wiesz, ale istnieją też portale randkowe dla osób religijnych… Co do stylów przywiązania, poruszyłeś moim zdaniem ważny wątek. Bo jeśli na przykład ktoś z lękowym stylem przywiązania spotka osobę ze stylem unikowym, to ni diabła na dłuższą metę nic z tego nie będzie. Ale jeśli spotkają się dwie osoby ze stylem lękowym, albo jedna z nich będzie ze stylem bezpiecznym – nie bez pracy (bo nad każdym związkiem trzeba troszkę pracować, z nieba nic samo nie spada), ale są widoki 🙂 A może jakiś wolontariat jeśli oczywiście masz trochę wolnego czasu? Lub jakaś grupa przy parafii? Tam chyba można poznać wartościowych ludzi. Przeglądasz 7 wpisów - od 1 do 7 (z 7) Musisz być zalogowany aby odpowiedzieć na ten temat.
Z Jerzym Kalinowskim, byłym przewodniczącym rady nadzorczej Optimus SA, rozmawia Sławomir Kosieliński. Z Jerzym Kalinowskim, byłym przewodniczącym rady nadzorczej Optimus SA, rozmawia Sławomir Kosieliński. Na ostatnim Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy Optimus SA zrezygnował Pan z funkcji przewodniczącego rady nadzorczej tej spółki. Jak się Pan czuje pierwszego dnia urlopu - zdaje się pierwszego od lat tak długiego, bo zaplanowanego aż na 4 miesiące? Rzeczywiście, przez ostatnich 10 lat zdarzało się raczej, że odwoływałem urlop, bo właśnie wtedy niefortunnie rozpoczynał się jakiś projekt. Miałem najwyżej dwa tygodnie urlopu, który i tak przerywały telefony. Toteż pierwszym uczuciem, kiedy dzisiaj rano wstałem, była myśl, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Dlaczego więc Pan zrezygnował? Przez rok wykonałem zadania, które postawił mi Roman Kluska. Po pierwsze, miałem go przygotować do rezygnacji z funkcji prezesa zarządu i do objęcia stanowiska przewodniczącego rady nadzorczej. To dla Romana Kluski był mentalnie najważniejszy i najtrudniejszy cel, ponieważ zależny wyłącznie od niego samego, i wymagał uwierzenia, że firma już jest przygotowana do tego. Po drugie, Roman Kluska stawiał jako cel zwiększenie kursu akcji Optimusa na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych z 40 zł, wokół których oscylowała wartość papierów przez ok. 18 miesięcy przed moim przyjściem, do 140 zł (za 130 zł sprzedano akcje w ofercie publicznej w 1994 r. przed "splitem" akcji w stosunku 1 do 4 - przyp. red). Ten cel wią- zał się też ze zmianą nie najlepszej opinii o spółce, którą mieli w szczególności inwestorzy zagraniczni. Wreszcie, po trzecie, przyszedłem do Optimusa z misją zainicjowania budowy nowej strategii firmy. Teraz jest już oczywiste, że chodziło o wykorzystanie potencjału wczesnych inwestycji w Internet, a przede wszystkim o podniesienie wartości portalu i uczynienia z Internetu głównej podpory spółki. Byłem przekonany, że Optimus miał zawsze dobrą opinię wśród inwestorów... Przed moim przyjściem do firmy na spotkania organizowane przez największe światowe banki inwestycyjne nie zapraszano Optimusa. Spółka nie była znana wśród inwestorów, ponieważ nie wypracowała modelu skutecznej współpracy z nimi. Nie było w firmie osób zajmu- jących się komunikacją z inwesto-rami, które wiedziałyby, czego oni oczekują i na jakich zasadach należy się z nimi komunikować. Roman Kluska powiedział kiedyś, że ma Pan pięcioletni kontrakt w Optimusie. To było inaczej. W kontrakcie miałem określone zadania na każdy rok i system wynagrodzeń w okresie 5 lat. Zakładaliśmy wspólnie z Romanem Kluską, że będzie to praca wieloletnia, jednak udało się wykonać zadania znacznie szybciej. Nie ukrywam, że pomogła eksplozja Nowej Ekonomii i hossa na giełdach światowych, aby nowa strategia [email protected] okazała się skuteczna już po roku. Chyba sam Internet nie wystarczył do zmiany opinii inwestorów o spółce. Pamiętajmy, że Optimus z firmy małej, rodzinnej, stał się najpierw firmą średnią, potem publiczną, aż w końcu bardzo szybko zmienił się w korporację, opartą jednak na starym systemie zarządzania. Toteż miałem jeszcze jedno zadanie: połączyć restrukturyzację z kierunkami rozwoju strategicznego. Jestem bardzo zadowolony, że cały zarząd wybrał Internet jako główną oś rozwoju firmy. To wpłynęło na postawę inwestorów, którzy docenili, że byliśmy pierwszą polską spółką giełdową, która tak zdecydowanie opowiedziała się za Nową Ekonomią. Minęło kilka miesięcy od pierwszej zapowiedzi nowej strategii Optimusa do jej ogłoszenia. Dlaczego? Należało skorelować ujawnienie naszej strategii z sytuacją na rynku. Centralny Dom Maklerski Banku Pekao SA podpowiedział nam, żeby poczekać na koniec 1999 r., gdy fundusze emerytalne, otrzymując pierwsze pieniądze z ZUS, zainwestują je w akcje. Stąd opóźnienie. Po udanych spotkaniach z polskimi inwestorami na początku grudnia 1999 r. wiedzieliśmy, że nadszedł czas. Uwierzyli w naszą strategię, akcje zaczęły zwyż- kować i Optimus od tej pory był zapraszany na prestiżowe, zagraniczne spotkania inwestorów w gronie najlepszych 2-3 spółek z warszawskiej giełdy. Kiedy dowiedział się Pan o sprzedaży akcji przez Romana Kluskę? Jaka jest Pana opinia o tym wydarzeniu? Sześć tygodni wcześniej. To była jego suwerenna decyzja, te akcje należały do niego i mógł z nimi zrobić wszystko. Trzeba uszanować jego wolę. Powiedziałem mu jednak, że należało wykonać to inaczej, znajdując niezależnego doradcę finansowego, który przeprowadziłby optymalną transakcję dla jego interesów. Nie należało sprzedawać akcji pośrednikom, bo to - moim zdaniem - nie jest najlepsze dla firmy. Następuje jednak utrata kontroli nad firmą, strata możliwości samodzielnego wyboru inwestora i co najważniejsze - ta decyzja jest niejasna dla rynku kapitałowego. Oczywiście, mimo to oferta przygotowana przez BRE jest korzystna dla Romana Kluski, przez dwa lata będzie miał jeszcze wpływ na firmę i w razie czego może odkupić akcje. Co należy zmienić w Optimusie, by stał się jeszcze bardziej atrakcyjny dla potencjalnego inwestora. Zgodnie z planem restrukturyzacyjnym Optimus przekształci się w holding finansowy. Optimus SA będzie odpowiadał za finanse i sprawował nadzór właścicielski, będzie tworzył strategię, gdzie inwestować i co sprzedawać, będzie świadczył usługi spółkom holdingu w celu obniżenia kosztów działania. Firma stawia na Internet, integrację systemów informatycznych, produkcję kas fiskalnych, ale również komputerów PC, dzięki którym łatwiej promować portal. Czy potencjalny inwestor będzie chciał trzymać się tego planu? Na razie, dopóki nie będzie on znany, podejrzewam, że nic nie zostanie sprzedane - ani Onet, ani montownia komputerów w Nowym Sączu. To jest dobre pytanie. Nie wiemy, kim będzie inwestor strategiczny i jakie będzie miał zamiary. Lecz nie może czekać. Należy natychmiast znaleźć partnera, który umożliwi dalszy rozwój spółki na stale rosnącym poziomie. W Internecie nie ma czasu na czekanie, zwłaszcza że to przyszłościowa firma, z najlepszymi perspektywami. Co się stanie z Optimus Lockheed Martin? Będzie zajmowała się integracją nie tylko na potrzeby służb mundurowych, ale również biznesu, zwłaszcza przy budowie rozwiązań internetowych między przedsiębiorstwami. Już przygotowano odpowiednią strategię, która prawdopodobnie zostanie zatwierdzona na początku lipca tego roku. A jak wygląda sytuacja Optimus-IC? Roman Kluska zrobił wyśmienity interes, kupując w 1995 r. licencję od japońskiego producenta kas fiskalnych BMC. Technologia produkcji była nieustannie poprawiana tak skutecznie, że najnowsze modele Bravo, Rumba są sprzedawane przez Japończyków pod własną nazwą na rynku Ameryki Łacińskiej. Optimus-IC ma w końcu własne laboratoria, ludzie tam zatrudnieni znają na wylot problemy fiskalne i rynek komponentów. A że kasy sprzedaje obca firma? Trudno. Czasami nie warto tworzyć samodzielnie kanałów dystrybucyjnych i serwisowych. Kiedy należy się spodziewać rozstrzygnięć losu Optimusa? Prawdopodobnie BRE sprzeda udziały inwestorowi w ciągu kilkunastu miesięcy. W zależności, czy to będzie firma polska czy zagraniczna zupełnie inaczej ułoży się struktura grupy i jej plany. W tym roku Optimus musi popracować nad polepszeniem przepływów pieniężnych, przychodów, obniżyć koszty działania. To będą główne cele dla Dariusza Dąbskiego, nowego prezesa. A dla Romana Kluski? Nikt go tak naprawdę nie zna. To bardzo ciekawa osoba, która lepiej się teraz zrealizuje jako prezes rady nadzorczej. Przede wszystkim będzie się "wyżywał" w działalności charytatywnej jako prezes Fundacji Millenium. Budowa domów spokojnej starości, radość dzielenia się pieniędzmi z innymi, naprawdę będzie go zajmowała. Jest skromnym człowiekiem, który sam "nie przeje" tych pieniędzy. To typ ascety, który nie przywiązuje wagi do dóbr doczesnych, toteż filantro- pia leży w jego naturze. Wy go jeszcze nie znacie.
nie wiem co ze sobą zrobić